Blog
Typy i tropy
madd
madd Są tylko dwa typy ludzi...
14 obserwujących 27 notek 45519 odsłon
madd, 18 kwietnia 2011 r.

Nie było błędu pilotów?

Po eksperymentcie przeprowadzonym na pokładzie polskiego Tu-154 politycy różnych opcji, wśród nich Karski i Poncyliusz, zaczęli z impetem atakować hipotezę o błędzie pilotów, dając tym samym kolejny wyraz swej żenującej ignorancji.

Wielu ekspertów na długo przed tym eksperymentem twierdziło, że stosunkowo prymitywny stabilzator lotu na pokładzie Tu-154, samolotu pozostającego trzy generacje w tyle za współczesnymi liniowcami, nie powinien stwarzać żadnych problemów przy próbie automatycznego odejścia na lotniskach pozbawionych ILS, co eksperyment jednoznacznie potwierdził. Dalsze badania powinny ustalić czy użycie przycisku TOGA w takich okolicznościach pozostawia jakiś specyficzny ślad w zapisie pokładowego rejestratora (prócz równoczesnej zmiany zaciążenia silników i ustawienia sterów czego jako żywo tam nie ma),  jednak i to badanie nie przyniesie żadnych rewelacji, bo w świetle dostępnych publicznie danych załoga wcale nie zamierzała odejść na automacie na stu metrach (co miało się rzekomo nie udać z winy automatu lub jego złego użycia przez załogę). Załoga zamierzała po prostu zejść niżej i tam ręcznie posadzić maszynę na pasie lub odejść.

Odejście w automacie jest standardową procedurą, optymalną z punktu widzenia zadań stojących przed załogą, praw aerodynamiki, zasad pilotażu i ograniczeń eksploatacyjnych płatowca i silników, niemniej polska załoga w Smoleńsku wcale nie zamierzała go wykonać, mimo iż zalecił jej to kontroler ruchu. Automatyczne odejście miałoby bowiem sens tylko przy zachowaniu minimów bezpieczeństwa, w tym odpowiednej prędkości pionowej i poziomej oraz minimalnego pułapu lotu, natomiast każda próba zejścia niżej czyniła użycie automatu coraz bardziej niebezpiecznym, było ono bowiem wolniejsze niż odejście ręczne, a na małych wysokościach wręcz samobójcze, samolot zaś leciał w pewnym momencie kilkanaście metrów poniżej poziomu płyty lotniska!

Jeśli dowódca zamierzał odejść na automacie na regulaminowym pułapie stu metrów, to przy tak dużej pędkości opadania, przekraczającej 8 m/s, musiałby rozpocząć ten manewr najpóźniej na 150 m pułapu, jeśli w ogóle zamierzał zachować jakiekolwiek minima bezpieczeństwa, bo rozpędzony samolot od chwili rozpoczęcia tego manewru (wciśnięcia przycisku „Uchod”, analogiczny częściowo do TOGA) i tak zszedłby automatycznie kilkadziesiąt metrów niżej, przekraczając tym samym regulaminowe minimum wysokości. Automatyczne odejście w tej konkretnej próbie zajścia do lądowania miało zatem sens tylko wtedy, gdyby je rozpocząć wyżej, ale właśnie to czyniło samo zajście coraz mniej sensownym, no bo po co zbliżać się w niebezpiecznie niskich chmurch do pasa tak, żeby się do niego w ogóle nie zbliżyć?

Protasiuk mógłby zaplanować odejście na automacie na stu metrach, ale tylko pod warunkiem, że wcześniej spłaszczyłby ścieżkę zejścia, zmniejszając stopniowo prędkość opadania do regulaminowych trzy i pół metra na sekundę, bo tylko przy takim wektorze prędkości automat mógł bezpiecznie poderwać maszynę na tym niskim pułapie, tracąc wówczas zaledwie dziesięć metrów pułapu podczas tego manewru. Wykonywanie automatycznego odejścia przy prędkości opadania większej od dopuszczalnej lawinowo powiększało nieuchronną utratę wysokości, z czego Protasiuk musiał  sobie doskonale zdawać sprawę. Pseudoeksperci z „Naszego Dziennika” utrzymujący, że Protasiuk próbował takiego odejścia na stu metrach lub nawet niżej, oskarżają tak naprawdę pilota o skrajną nieodpowiedzialność. Przy tej prędkości opadania, jaką mieli na stu metrach, użycie automatu byłoby igraniem ze śmiercią.

Z zapisu rejestratora wynika, że pilot po przekroczeniu pułapu stu metrów, lub nieco wcześniej, robi coś zupełnie innego, a mianowicie zaczyna spłaszczać ścieżkę zajścia pokrętłem autopilota, robi to jednak o wiele zapóźno, tak jakby wcale jeszcze nie zamierzał odchodzić, a jedynie nie nico wrównać lot, nie na stu metrach, ale znacznie niżej, czyli najprawdopodobniej wyjść pod podstawę chmur, o której słyszał od pilotów polskiego jaka stojącego wtedy na lotnisku, że „na nasz gust postawy są poniżej pięćdziesięciu metrów, grubo”. Protasiuk pomyślał wtedy zapewne, że zdawkowe „grubo” może zlekceważyć, a „pięćdziesiąt metrów” uznać za pewnik i potraktować jako punkt odniesienia dla dalszych manewrów, mimo iż leżało ono o całe pięćdziesiąt metrów niżej niż dopuszczalne minima. 

Wartości parametrów takich jak przyspieszenie pionowe, kąt natarcia płata, pochylenie płatowca, wychylenie wolantu i steru wysokości  oraz relatywna wysokość radiowa (po uwzględnieniu poprawki na ukształtowanie terenu) wskazują, że pilot miał świadomość szybkiego zbliżania się do ziemi i stopniowo zaczynał wyprowadzać samolot z nurkowana, zaczął to jednak robić o wiele za późno, mniej więcej tam, gdzie wskazania wysokości barometrycznej i radiowej przez chwilę prawie się pokrywały, czyli na faktycznej wysokości ok. stu metrów pułapu nad pasem lub nieznacznie wcześniej, a to oznacza, że całej tej operacji w żaden sposób nie można uznać za próbę zachowania minimów bezpieczństwa, wręcz przeciwnie, dynamika lotu świadczy raczej o ich świadomym łamaniu.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Są tylko dwa typy ludzi. Ci, co dzielą ludzi na dwa typy, i ci, co tego nigdy nie robią

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Autor Byłoby to wyjątkowo głupie jeszcze z innych względów. Zasada wszyscy za jednego nie...
  • @Autor Tu można znaleźć archiwalne kopie...
  • @Autor Prawie w każdym zdaniu Pan kłamie (świadomie), albo mówi nieprawdę (nieświadomie)....

Tagi

Tematy w dziale